listopada 16, 2018

wredota nabyta

wredota nabyta
Ty.

Ty. Ty. Ty.


Ludzie z natury są egoistami. No… w przeważającej większości. Jakby większość mogła być nieprzeważająca. Żałosne.

Im jestem starsza, tym częściej notuję objawy wredoty nabytej. Takiego zwykłego, bezczelnego chamstwa. I aż mnie rozsadza od środka. Ponieważ rozumiem, naprawdę, przysięgam , że rozumiem fakt, że mamy różne cele, marzenia i pragnienia, a drogi do ich osiągnięcia nieraz między sobą zgrzytają, że aż wióry lecą, ale błagam. Myślałam, że wszystko ma swoje granice.

Niespodzianka.

W tym przypadku nie. Mam wrażenie, że pasją niektórych osób jest gotowanie innych. Są tak zdeterminowani, tak chamsko nastawieni na zrobienie komuś na złość i pod górkę, że są nawet zdolni zrobić na złość samemu sobie, byle tylko ta druga osoba też oberwała. No ludzie złoci, błagam!

Gdyby się tak chwilę nad ową sprawą zastanowić, należałoby stwierdzić, że osoby te mają ze sobą problem. Problem uczucia niższości. No bo jakby inaczej wyjaśnić sytuację, gdy ktoś tak bardzo się stara nam przeszkodzić, że przeszkadza samemu sobie, byle tylko przeszkodzić nam?!

Myślę, że tu chodzi o brak siebie. Brak i niemoc wykreowania osoby, którą się chce być. W takiej sytuacji człowiek łapie się desperacji, usilnie próbując ‘wyrównać się” z innymi. A jako, że nie potrafi wskoczyć wyżej, próbuje zrzucić innych na swój poziom.

Chill, misie. Dystans. I dajcie żyć, sami też żyjcie życiem swoim, a nie przyjaciółki brata kolegi.

Pozdro 500
~Szyszka

października 29, 2018

pozwól sobie żyć

pozwól sobie żyć
Nie ma się co oszukiwać. Mamy ciężki orzech do zgryzienia. Jako pokolenie millenialsów, jesteśmy nauczeni do życia w wygodzie i dostatku. Do czekolady, nowych adidasów i netfixa. Mimo wszystko, choć może i trudno w to uwierzyć, że nasza droga nie jest usłana różami, to rzeczywistość zaskakuje. Nikt nie ma cały czas z górki. Nawet księżniczki.


Gdy myślimy o XXI wieku, myślimy o technologii. Komputery, programy, Internet. Snapchat, facebook, instagram. Choć zwykle patrzymy na nie przychylnie, okiem uzależnionych cielaczków, które posłusznie podążają za kolejnymi Pokemonami, prawda dotycząca tych mediów jest dość brutalna. Posiadając możliwość wnikania i obserwowania czyjegoś życia przez okienko komputera, nieświadomie zaczynamy porównywać nasze życia. Można by stwierdzić, że nie jest to niczym nadzwyczajnym, gdyż w życiu rzeczywistym również to czynimy, tutaj sytuacja ta ma się jednak do siebie nijak. Codzienność jest prawdziwa. Jest różnorodna. Są osoby mądrzejsze i mniej mądre, bardziej i mniej urodziwe. W Internecie natomiast owej selekcji materiału brakuje. Wybijają się osoby piękne, zdolne i bogate. I choć nie wątpię, że same na to zapracowały, problem nie znika. Pojawiają się oczekiwania- ‘ ja też potrafię. Dlaczego ona ma się tak super?! Jestem do bani?’ I w taki oto sposób wpadamy w błędne koło oczekiwań wobec siebie samego. W bardzo niebezpieczne koło. Obsesyjne porównywanie się do innych coraz częściej wiąże się z katastrofalnymi skutkami- depresja, zaburzenia odżywiania, samookaleczenia. Ciągle czujemy się niewystarczająco dobrzy w tym pędzącym do przodu świecie.

Error.


Tak się nie da. Błądzimy w przestrzeni paradoksu. Pragniemy być szczęśliwymi, jednocześnie będąc jedyną przeszkodą do osiągniecia tego stanu. W całym tym zawirowaniu naszych myśli zapomniamy, że kluczem do zdobycia Mont Eversertu nie jest bierne użalanie się nad sobą. Systematyczność. To właśnie klucz do sukcesu. Plu odrobina cierpliwości, ponieważ nawet rzeżucha potrzebuje kilku dni by urosnąć. A co dopiero nasze marzenia.

Różnica pomiędzy tym kim jesteś, a tym kim być pragniesz, to to co robisz.
~Szyszka

października 13, 2018

pokolenie zombi

pokolenie zombi
Dzwoni budzik. Wstajesz. Jednak nie. Przeciągasz 15 minut. Wstajesz. Tym razem na serio. Włączasz radio i się ogarniasz. Wychodzisz z domu, słuchawki w uszach, powieki walczą o każdą sekundę oddechu. Wsiadasz do metra, wyciągasz książkę. Wysiadasz z metra, słuchawki w ruch. Praca. Koniec pracy. Słuchawki, książka, słuchawki. Dom. Radio, netflix, podcasty. Głowa walczy o każdą sekundę wytchnienia.


Jesteśmy pokoleniem zombi. Umiejętność zagłuszania myśli opanowaliśmy do perfekcji, już nawet nie zastanawiamy się nad tym, że nie myślimy, tylko ślepo mkniemy przez życie. Dzisiaj liczą się tylko lajki, wyświetlenia i komentarze. Jedna wypowiedź w Internecie, w dodatku często od osoby mianującej się jakże cudownym Nickiem ‘anonim567’ jest w stanie nas załamać i spowodować szereg poważnych zaburzeń psychicznych. Co zabawniejsze, cały ten cyrk stał się tak popularny, że teraz nastolatki chwalą się posiadaniem owej depresji czy nerwicy, spowodowanej udzielaniem się w social-mediach. Paradoksalnie, czynią to właśnie na tych portalach, co wcale nie jest jednak przypadkowe, ponieważ w ten sposób właśnie gwarantują sobie znacznie większe zasięgi i liczby wyświetleń, czego oczywiście są świadomi. Czegoż nie robi się dla sławy…?

Co więcej, całe te social- media tak bardzo wnikają w nas samych, że już naprawdę nie kontrolujemy, ile czasu dziennie spędzamy na scrollowaniu instagrama czy facebooka. Stało się to dla nas tak rutynową czynnością, jak mycie zębów czy przygotowywanie śniadania. Wpadliśmy w pułapkę wygody i wścibskości. W pułapkę bardzo niebezpieczną. Coraz więcej młodych osób w momencie odcięcia od sieci na chociażby 2 godziny dostaje oczopląsu, nie wiedzą co ze sobą począć, zaczynają zachowywać się agresywnie i niekontrolowanie. Jak małpy wyrwane z zoo. Są w amoku.

Jednym z najgorszych aspektów związanych z uzależnieniem od Internetu są więzi międzyludzkie. Lub też bardziej ich brak. Ostatnio przeczytałam, że dzieci coraz częściej mają problemy z komunikacją w realu, co spowodowane jest właśnie brakiem zwykłych relacji koleżeńskich. Dzisiaj wszystko odbywa się mobilnie- przecież tak jest szybciej, wygodniej i nie trzeba forsować rodziców, żeby zawieźli dziecko do koleżanki. Nawet na przerwach w szkole dzieci zamiast rozmawiać i bawić się ze sobą, wolą spędzać czas na ławeczce, grając w grę na telefonie.

Cały ten szał na depresję i samotność spowodowany jest w dużej mierze przez lenistwo. Po co spotykać się ze znajomymi, kiedy można pograć w LOL-a, albo obejrzeć kolejny odcinek ‘Riverdale’. Relacje międzyludzkie są na wykończeniu. Spowodowane jest to w dużej mierze jakże popularnym ‘comfort zone’, któr jest w moim mniemaniu niczym inny, jak wytłumaczeniem swojego lenistwa rodzicom, którzy i tak nie wiedzą, co to znaczy. wyśmianym. Łatwiej jest mknąć przez życie pod peleryną niewidką, bez konieczności patrzenia ludziom w oczy czy też wymiany słów, podczas oczekiwania na autobus.

Obudźmy się! Hyc hyc!
~Szyszka

października 03, 2018

fazy (nie)księżyca

fazy (nie)księżyca
Odkąd pamiętam zawsze byłam dzieckiem faz. Kubuś Puchatek, Smerfy, Witch, to tylko niektóre z moich dziecięcych uzależnień. Potrafiłam godzinami czytać tę samą gazetę, oglądać tę samą bajkę czy udawać, że posiadam moc kontrolowania żywiołów. Do dziś rodzice się ze mnie śmieją, gdy rozmawiamy o moich dziecięcych ‘ulubieńcach’. Na przykład przez kilka lat, co sobotę, powtórzę- przez KILKA LAT, CO SOBOTĘ oglądałam tę samą bajkę. Film-bajkę. Czyli jeden odcinek. Mała Lusia się zwała. Ponoć, bo i tak licho już to pamiętam. Co chyba źle o mnie świadczy. Ale spokojnie, będzie gorzej.

Znowu mnie trafiło. Dlatego tutaj o tym piszę, oczywiście. Tym razem żyję światem Hogwartu. I choć od zawsze lubiłam oglądać filmy o przygodach Harrego Pottera, nigdy nie było to dla mnie takie ‘łaaał, szał ciał’. Ale kiedy postanowiłam sobie, że w te wakacje przeczytam całą serię książek o młodym czarodzieju, nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Nie chcę myśleć ile godzin spędziłam na oglądaniu filmów, czy przeglądaniu Youtube w poszukiwaniu wszelkich video w tym temacie.

Aktualnie jestem na rozdrożu. Ravenclaw, Slytherin czy Gryffindor? Puchonką zdecydowanie nie jestem. Z jednej strony rozwiązując testy na przemian wychodzą mi Krukoni i Ślizgoni, ale, co to znaczy. Czasem czuję się Krukonem, czasem Ślizgonem, a czasem Gryfonem. Chciałabym być Gryfonką. Dobra kończę te tortury.

Muszę przyznać, że z perspektywy insider`a, takowe fazy na przeróżne rzeczy są super. Masz tyle rzeczy do okrycia, tyle quizów do rozwiązania, tyle rzeczy do kolekcjonowania i tyle informacji do przyswojenia. Istnieją tony grup, gdzie ludzie zafascynowani danym czymś zrzeszają się i jeszcze bardziej podsycają temat. No po porstu jest cudownie. Do czasu, aż się ockniesz o 3 nad ranem, przypominając sobie, że za 3 godziny musisz wstać. A dopiero skończyłeś oglądać jak Harry i Ron ratują Hermionę przed trollem. Ups.

Z drugiej jednak strony, owe zafascynowania mogą wydawać się dziwne, nieadekwatne, takie po prostu- aha, okej, spoko, cześć (?) W końcu, czy dorosłemu człowiekowi przystoi jaranie się jakąś bajką, tak, że zapomina o całym świecie? No chyba nie. Społeczeństwo na to nie pozwala. Dorosły ma być dorosłym. A nie jakimś- niedorosłym. To by było. Outsideer!

Mimo wszystko jednak, jestem kim jestem. Uwielbiam mieć fazy na różne fikcyjne postaci i światy, problemy egzystencjonalne, spowodowane niemocą podjęcia decyzji, do jakiego domu w Hogwardzie należę i kim tak właściwie jestem.

Dobra, trochę się zagalopowałam. Ale informację przekazałam. Jestem dziwakiem. I jest mi z tym niezmiernie dobrze. Żegnam Państwo!

~Szyszka

Btw. Są tu jacyś (może równie zafiksowanie) fani Harrego? :D

września 29, 2018

pozwól sobie żyć

pozwól sobie żyć
Nie ma się co oszukiwać. Mamy ciężki orzech do zgryzienia. Jako pokolenie millenialsów, jesteśmy nauczeni do życia w wygodzie i dostatku. Do czekolady, nowych adidasów i netfixa. Mimo wszystko, choć może i trudno w to uwierzyć, że nasza droga nie jest usłana różami, to rzeczywistość zaskakuje. Nikt nie ma cały czas z górki. Nawet księżniczki.


Gdy myślimy o XXI wieku, myślimy o technologii. Komputery, programy, Internet. Snapchat, facebook, instagram. Choć zwykle patrzymy na nie przychylnie, okiem uzależnionych cielaczków, które posłusznie podążają za kolejnymi Pokemonami, prawda dotycząca tych mediów jest dość brutalna. Posiadając możliwość wnikania i obserwowania czyjegoś życia przez okienko komputera, nieświadomie zaczynamy porównywać nasze życia. Można by stwierdzić, że nie jest to niczym nadzwyczajnym, gdyż w życiu rzeczywistym również to czynimy, tutaj sytuacja ta ma się jednak do siebie nijak. Codzienność jest prawdziwa. Jest różnorodna. Są osoby mądrzejsze i mniej mądre, bardziej i mniej urodziwe. W Internecie natomiast owej selekcji materiału brakuje. Wybijają się osoby piękne, zdolne i bogate. I choć nie wątpię, że same na to zapracowały, problem nie znika. Pojawiają się oczekiwania- ‘ ja też potrafię. Dlaczego ona ma się tak super?! Jestem do bani?’ I w taki oto sposób wpadamy w błędne koło oczekiwań wobec siebie samego. W bardzo niebezpieczne koło. Obsesyjne porównywanie się do innych coraz częściej wiąże się z katastrofalnymi skutkami- depresja, zaburzenia odżywiania, samookaleczenia. Ciągle czujemy się niewystarczająco dobrzy w tym pędzącym do przodu świecie.

Error.


Tak się nie da. Błądzimy w przestrzeni paradoksu. Pragniemy być szczęśliwymi, jednocześnie będąc jedyną przeszkodą do osiągniecia tego stanu. W całym tym zawirowaniu naszych myśli zapomniamy, że kluczem do zdobycia Mont Eversertu nie jest bierne użalanie się nad sobą. Systematyczność. To właśnie klucz do sukcesu. Plu odrobina cierpliwości, ponieważ nawet rzeżucha potrzebuje kilku dni by urosnąć. A co dopiero nasze marzenia.

Różnica pomiędzy tym kim jesteś, a tym kim być pragniesz, to to co robisz.
~Szyszka

września 22, 2018

Jak wymyślić oryginalną i ciekawą nazwę na social- media?

Jak wymyślić oryginalną i ciekawą nazwę na social- media?
Wszyscy tam byliśmy, wszyscy przeżyliśmy. Jedni wyszli z walki zwycięsko, inni z pochyloną głową. Nie jest łatwo wyróżnić się pośród tysięcy osób identyfikujących się tym samym imieniem czy nazwiskiem. Inaczej do sprawy podchodzą ‘szczęściarze’, czyli ci, których natura, inaczej zwana rodzicami, obdarzyła nietuzinkowym imieniem. Bądź nazwiskiem. W każdym razie mają coś ‘własnego’. Coś, do czego mogą się przyssać i nie puszczać, jednocześnie nie mając co chwila wątpliwości, czy owy nick do nich pasuje. Bo pasować będzie. Musi. A oni pozostaną jego dumnymi reprezentantami.

•••

Druga grupa ma pod górkę. Chmara Janów Kowalskich nadciąga.

Niestety tak to już w naszym społeczeństwie jest. Większość z nas posiada te same imiona, podobne nazwiska, identyczne ksywki. Jak na ironię wszyscy pragniemy się wyróżnić i zaafiszować swą jednostkowość. To samo pragniemy pokazywać w sieci, gdzie jednak, na szczęście, nasze pole do popisu jest o drobinę obszerniejsze, niż nadane nam przez innego osobnika kilkuliterowe wyrazy, które stały się naszą etykietą na zawsze. Tu mamy wybór. My jesteśmy tymi, którzy ‘w końcu’ podejmują decyzję o samych sobie.

Wbrew pozorom sprawa nie jest jednak taka prosta, na jaką może wyglądać. Oryginalności nie doda nam przecież dodanie daty urodzenia, czy zapisanie naszego imienia z tyloma ‘o’ w środku, że całe imię nie zmieści się w jednej linijce. Karina21031999 lub Baaaaaaaaaaaaaaaaasia nie brzmią ciekawie. Jak temu zaradzić? Przedstawiam Wam kilka ciekawych zabiegów i pomysłów na to, jak znaleźć oryginalny i nietuzinkowy nick, który będzie idealnie do Ciebie pasować. Zapraszam!

•••

1. Skojarzenia.

Pomyśl o rzeczach, które kochasz, o swoich pasjach i zainteresowaniach, a następnie wypisz na kartkę wszystkie ciekawe słowa, które ci się z nimi kojarzą.

Przykładowo- uwielbiasz podróże i na nich chciałbyś bazować i oprzeć swoje treści na profilu. Wówczas za przykład posłużyć mogą takie słowa jak: walizka, paszport, mapa, samolot, pilot, 4 kółka, przewodnik.
Następnie warto wymyślić jakieś przymiotniki, bądź przysłówki, które w jakiś sposób łączą się z powyższym przymiotnikiem. Dla naszego przykładu: światowa walizka, pan przewodnik globus, pass i kompas, magnetyczny kompas, biegunowy paszport, latające 4 koła.


2. Kombinuj.

Nie wszystko zawsze ‘brzmi’. Więc nawet, jeżeli czujesz, że wybrane przez ciebie słowa, to jest to, ale jakoś tak nie do końca, próbuj poprzestawiać litery, może wybierz synonim. Baw się tym, aż do skutku.

3. Słowotwórstwo.

Przejdźmy do nazw bardziej normalnych. W sensie nietematycznych. Pierwszą rzeczą jaką warto zrobić, jest wyszukanie, czy w swoim imieniu posiadamy jakieś litery, które można by ciekawe zmienić. Idealnie pasuje tu ‘o’, bądź ‘w’, w miejsce których wstawiamy oczywiście kolejno ‘0’ i ‘v’. Za ‘w’ posłużyć może również ‘vv’. Innym ciekawym zabiegiem jest napisanie swojego imienia od tyłu- w przypadku Weroniki, wygląda to następująco: Akinorew bądź Arew.

4. Włoskie serce.

Nie wszystko musi być po angielsku. Dlatego jeżeli kochasz Italię, dlaczego by nie sprawdzić odnośnika twojego imienia w tym języku? A nóż brzmi świetnie!

5. Ty.

Zrób wywiad wśród znajomych i rodziny i zapytaj ich, z jakim słowem im się kojarzysz. Następnie zrób to samo co wyżej- zacznij kombinować! Np. fala- wavycaro.

6. Ups.

Zgub literę. Kolejny ciekawy zabieg. Wymów swoje imię na głos i zastanów się, którą literę można by połknąć, aby imię nie brzmiało całkowicie komicznie i niemożliwie do wymówienia (to też jest ważne, kiedy podajesz komuś swą nazwę), a następnie po prostu się jej pozbądź. Np. Monika- Mika, Mona, Nika. Wszystkie brzmią ciekawie.

7. Lustrzane odbicie.

Napisz swoje imię dwukrotnie, jak odbicie w szybie. Np. Hanna- annaHHanna, Emilia- ailimEEmilia.

•••

No. To na tyle myszki. Teraz myślcie, kombinujcie, próbujcie. Czasem absurdalne myślenie wychodzi na dobre. Good luck!
~Szyszka

września 15, 2018

Blaski i cienie pracy freelancera.

Blaski i cienie pracy freelancera.
Nie ma się co oszukiwać, powstanie Internetu całkowicie zewolujonizowało i zmieniło nasz świat. To co kiedyś wydawało się niemal nierealnym, bądź NAPRAWDĘ niemożliwym, dzisiaj mamy na wyciągnięcie ręki. Nie trzeba pisać listów, umawiać się na spotkanie tydzień wcześniej ani jechać do miasta oddalonego od nas kilkadziesiąt kilometrów, żeby zabukować pociąg. To jeszcze jednak nie koniec, ponieważ rozwój Internetu umożliwił nam również na niewychodzenie z domu. Czy to dobre czy złe… Decyzje są podzielone. Jak zawsze zresztą.

I właśnie ten temat chciałam dzisiaj poruszyć. Praca zdalna.

Osobiście należę do grupy zwolenników i fanów tego rodzaju możliwości zarobkowania. I dlatego właśnie od tej strony chciałabym temat najpierw ugryźć. Chyba największym plusem jest brak przywiązania do miejsca i czasu. Można pracować kiedy się chce- nawet o 3 nad ranem- a także w tempie, jakie się samemu sobie narzuca. Nie stoi nad Tobą wiecznie narzekający szef oraz grono koleżanek, które nie przepuszczą okazji, by cię obgadać. Dzięki temu warunki pracy można określić jako dużo korzystniejsze i przyjemniejsze. W końcu o wszystkim decyduje się samemu.

Drugim plusem pracy z domu jest możliwość manewrowania zarobkami. Mam tu namyśli brak sztywnych wymogów, co do ilości wypracowanych godzin i dni. Jeżeli w danym miesiącu potrzebujesz trochę więcej gotówki, możesz bez problemu więcej pracować. Bez zbędnych formularzy i pytań.

Przyjemność. Jestem zdania, że jeżeli ktoś decyduje się na prace freelancera, musi to lubić. Nie ma się co oszukiwać, choć jest to praca profitująca, jest również ciężka, wymagająca wiele wysiłku i często nieszablonowego myślenia. Trzeba się czymś wyróżnić, dać się ludziom zapamiętać, w końcu w ten sposób budujemy naszą własną markę. To my jesteśmy produktem na rynku i sami pracujemy na to, by jak najlepiej się zaprezentować. Tym właśnie różni się praca zdalna od etatowej- nie jest to szablonowa praca od 8 do 16, o której można zapomnieć popołudniu czy w weekend.

Teraz czas na cienie pracy freelancera. Po pierwsze, oczywiście- brak sztywnych godzin pracy. Niestety ten punkt, w zależności od dnia czy pory roku, może być kolejno albo plusem, albo minusem. Wymaga od człowieka dużej dawki samozaparcia i dyscypliny. Jeżeli nie potrafisz się zmusić do pracy, bez odgórnego nacisku, prawdopodobnie marny będzie z ciebie freelancer.

Dwa. Monotonia. Jasne, wszystko zależy od dziedziny, w jakiej się pracuje, aczkolwiek nieuniknionym jest samotność, co w dużej dawce może dać wrażenie wszechogarniającej monotonii i bezsensu. Człowiek jest istotą stadną, dlatego też ciągłe przebywanie w czterech ścianach raczej mu nie służy. Dlatego też przed rzuceniem się na głęboką wodę, warto rozważyć, czy jest się w stanie owy problem obejść.

No i chyba najgorsze. Brak weekendów. Ten punkt znany jest nie tylko freelancerom, ale chyba każdemu kto robi coś ‘ponad’. Prezes czy właściciel sklepu też często znają ten ból. Ból braku przerwy. Zauważ, że kiedy się uczysz, z góry ustanawiasz sobie (bądź przynajmniej powinieneś), za ile minut zrobisz sobie chwilę odpoczynku. Dzięki temu twój mózg wie, że teraz jest czas na wysiłek, ale za chwilę odetchnie. Dzięki temu działasz efektywnie i sprawnie. Wszystko ma swoją kolej i jest zorganizowane. Niestety w przypadku pracy freelancera sprawy tak nie wyglądają. Jest dokładnie na odwrót. Wszystko jest chaotyczne, dzieje się cały czas, raz pracujesz w południe, a raz o północy. I nawet najlepsza organizacją nie jest się czasem tego w stanie ominąć, ponieważ Internet żyje 24/7, a kiedy człowiek jest samemu sobie szefem, również musi wszystko nieustannie kontrolować.

I jak? Nie taki piękny ten obrazek, jak go malują, prawda? Rzeczywistość jest brutalna, ale wszystko zależy od ciebie, twoich możliwości, cech charakteru i oczekiwań. W końcu nie ma rzeczy niemożliwych, prawda? Także jeżeli czujesz, że praca zdalna to twój konik, śmiało, bierz go! Powodzenia!

~Szyszka

Copyright © 2016 szyszka , Blogger